Księga gości

Zobacz wpisy
Dopisz się

Licznik odwiedzin

Ilość osób online: 1
Liczba odwiedzin: 25119 Dziękujemy!

Też warto zobaczyć...

Katalog stron Âz.eglarskich

Toplista serwisu e-Âz.agle!

NAJLEPSZE STRONY POÂS'WIA(?CONE ÂZ.EGLARSTWU!

Analiza oglÂa;dalnoÂs'ci witryny

Statystyka

Dziennik pokładowy szczura lądowego Drukuj
sobota 30.06.07
 
   To był bardzo pasjonujący dzień. Zaczął się wcześnie. Już o 10 rano ruszyliśmy na lotnisko Kraków- Balice. Lecimy do Wenecji, spędzić tydzień na jachcie Wojtka. Cała ekipa wyczekuje na rozpoczęcie odprawy paszportowej. Nareszcie już po wszystkim. Siedzimy w samolocie, nerwowo spoglądamy po sobie. Rozpoczyna się lot. Podziwiamy krajobrazy pod nami, a potem chmury..., chmury.....aż ukazuje się lotnisko Treviso. Lądujemy. Teraz już pestka.... autobus, tramwaj wodny numer 1 i na przystanku Santa Elena czeka na nas Wojtek. Już podczas płynięcia Kanałem Grande zapominam o całym zmęczeniu. Chłonę widoki, które do tej pory oglądałam tylko w telewizji. Ruszamy do mariny. Rozlokowujemy się w kabinach.
   Po szybkiej kolacji ruszamy na wieczorny spacer. Oczywiście, nie może obyć się bez przygód. Gubimy się w plątaninie weneckich uliczek. Śmieje się z nas kot, którego kilkakrotnie mijamy, wędrując w tę i z powrotem.
niedziela 01.07.07
 
   Już wieczorem w sobotę zapada decyzja. Niedzielę poświęcimy na zwiedzanie Wenecji. Słońce praży, po bulwarze w okolicach kanału przemieszcza się mnóstwo turystów z całego świata. My także bohatersko maszerujemy, podziwiając zabytki Wenecji.
   Po południu zmieniamy zdanie, wypływamy w nasz pierwszy rejs. Przedtem jeszcze szkolenie załogi. Co ja tutaj robię?! Kapitan coś mówi (podobno po polsku), coś pokazuje,  a ja nic nie rozumiem.
   Robi się ciemno, zakładamy kamizelki, ruszamy....Jak ja przeżyję tę noc?!
 
poniedziałek 02.07.07
 
   Przeżyłam, nie było tak strasznie. Dobrze, ze wśród załogi są ludzie, którzy mają pojęcie     o żeglarstwie. Należy do nich nasz pierwszy oficer, Marek.
   Choggia, zwana „małą Wenecją”, wynagradza nam nocne przeżycia. Tuż po zacumowaniu wędrujemy na targ rybny. Niestety, dowiadujemy się, że w poniedziałek jest on nieczynny. Cóż, nie spróbujemy świeżej rybki....
wtorek 03.07.07
 
   Godzina 7 rano. Wypływamy do Grado. Męska część załogi uwija się po pokładzie. Nagle gaśnie silnik. Co się stało? Wojtek próbuje coś zrobić, niestety nie udaje mu się. Musimy wrócić do mariny. Kapitana i pierwszego oficera pozostawiamy na jachcie, sami ruszamy     na targ rybny. Cóż to za widok! Owoce morza różnego koloru, kształtu, wielkości i sprzedawcy śpiewem zachęcający do kupna: „ Filetto, filetto...”
   Przy obiedzie żartujemy, ze jacht także chciał poczuć świeżą rybkę. Wojtek uporał się z usterką, silnik jest sprawny, możemy ruszać. Wypływamy.
środa 04.07.07
 
   Za nami długi dzień i pełna wrażeń noc. Jesteśmy w Grado, dobiliśmy o trzeciej rano  po trudnej walce z żywiołem.
   A zaczęło się tak spokojnie. Wypłynęliśmy z Choggii, rozwinęliśmy żagle i co? Nic, stoimy. Nie ma wiatru. Cóż robić, znów zostaje uruchomiony silnik i płyniemy w poszukiwaniu  sprzyjającej bryzy. Wreszcie jest, w końcu możemy płynąć. Świeci słońce, lekki wiaterek chłodzi twarz, dla części załogi to czas laby. Szukamy miejsca na pokładzie na słodkie lenistwo. Członkowie załogi po kolei stają za sterem. Dla niektórych to pierwsze takie doświadczenie, dla mnie także. Niby wszystko jest proste. Mam trzymać kurs 60- 65 stopni, mija jednak dłuższa chwila, zanim udaje mi się zgrać wskazania kompasu i ruchy steru. Wiatr się wzmaga, cieszymy się, że przy większej prędkości szybciej dotrzemy do celu.
    Większość załogi śpi, przy sterze staje Piotr. Wieje coraz mocniej, żagle łopocą niepokojąco, sternikowi coraz trudniej utrzymać właściwy kurs. Kapitan próbuje ściągnąć genuę, nie udaje się. Trzeba włączyć silnik. Przybiega Marek, ściągają genuę, stawiają foka. Sytuacja zostaje opanowana.
    W tym czasie część załogi dopada choroba morska, daje się także odczuć skutki  oddziaływania słońca.
    Wojtek przejmuje ster od Piotra. Śmieję się, że jego to urządzenie słucha, a mnie nie chciało wcale.
     Jest ciemno, nie widać lądu, żadnych świateł, tylko morze i niebo. Wschodzi księżyc, podnosi się coraz wyżej i wyżej.
     I znów wiatr zmienia kierunek i w związku z tym trzeba zmienić położenie żagli. Muszę przejąć ster. Czy się boję? Tak, wiem, że niewiele potrafię, a pode mną na jachcie śpią spokojnie ludzie. Wierzę jednak w doświadczenie Wojtka. Nie potrafię zapanować nad sterem. Znowu zjawia się Marek. Próbuję pomóc, jednak świadomość własnej niewiedzy jest przytłaczająca.
    Powoli zbliżamy się do portu. Z uwagą wypatrujemy, którędy przebiega tor wodny prowadzący do portu. Bezpiecznie cumujemy u nabrzeża.
    Jesteśmy w Grado. Budzą się pozostali członkowie załogi. Siedzimy, dzielimy się wrażeniami. Napięcie powoli opada, patrzymy na pięknie oświetlone, uśpione miasto. Jak się wyśpimy, będziemy je zwiedzać.
czwartek 05.07.07 ( na Adriatyku)
 
   To mi się podoba. Świeci słońce, silnik pracuje, żagle są zwinięte, płyniemy do Santa Margherita. Panowie zażyli kąpieli morskiej. Głośno krzyczą, że woda jest za słona. Jest bosko! Tak mogę pływać!
piątek 06.06.07
 
Z żalem żegnamy marinę w Santa Margherita. Przywitała nas niebieskimi dywanami na  pomostach, czystymi, pięknie wyposażonymi sanitariatami oraz szeregiem uroczych kafejek otwartych do późnych godzin nocnych. Musimy jednak wracać do Wenecji. Wypływamy na morze i powtarza się sytuacja z dnia poprzedniego. Nie ma wiatru, znów trzeba uruchomić silnik. Jachtem zaczyna nieprzyjemnie kolebać. Dowiaduję się, że taka fala nazywana jest „martwiakiem”. Nie przeszkadza to jednak w zrobieniu szybkiego obiadu dla całej załogi. Nie będziemy przecież tracić czasu na gotowanie, gdy przybijemy do brzegu. Wszystkim daje się we znaki palące słońce. Najbardziej odczuwa to Marek, który z racji pełnionej wachty, musi być cały czas na pokładzie.
   Nareszcie Wenecja. Zawijamy do znanej już nam mariny. Krótki odpoczynek i wyruszamy na pożegnanie z miastem.
sobota 07.07.07
 
   Dzisiaj wszyscy budzą się wcześnie. To już ostatnie chwile na jachcie. Trzeba spakować rzeczy, zjeść śniadanie, posprzątać i ruszać w drogę powrotną.
   Siedzę zamyślona na pokładzie. Co mi dał ten rejs? Wiem jedno, na pewno nie zostanę  wytrawnym żeglarzem. Zapamiętam jednak smak włoskiego sera, który łamaliśmy i  zjadaliśmy po nocnym rejsie do Choggii, piwo „u dziadka”, śpiew sprzedawców  zachęcających do kupna ryb, szum żagli w czasie rejsów, wspólne rozmowy tuż po  przybyciu do Grado.
    Ten rejs pozwolił mi zobaczyć Włochy z różnych stron. Nigdy nie dowiemy się, jak  wygląda życie mieszkańców Italii, gdy przybędziemy tu z wycieczką. Czasami trzeba usiąść, poobserwować i zrozumieć.
    Nieubłaganie zbliża się czas odjazdu. Ruszamy w stronę przystanku Santa Elena. Odprowadza nas Wojtek. Podjeżdża tramwaj wodny. Ostatnie pożegnanie z kapitanem, wsiadamy, czas na powrót do domu.
   Łza się w oku kręci....Żegnaj Wenecjo!

   Wojtku, dziękuję i do zobaczenia !
               Ela  
   
   
< Poprzedni   Następny >