Księga gości

Zobacz wpisy
Dopisz się

Licznik odwiedzin

Ilość osób online: 1
Liczba odwiedzin: 25119 Dziękujemy!

Też warto zobaczyć...

Katalog stron Âz.eglarskich

Toplista serwisu e-Âz.agle!

NAJLEPSZE STRONY POÂS'WIA(?CONE ÂZ.EGLARSTWU!

Analiza oglÂa;dalnoÂs'ci witryny

Statystyka

Powrót klubu Sonar Drukuj

Diabli nadali!!! Znów dałem się namówić! Znowu morze! Znowu Ci sami (po części) ludzie! I znowu WOJ! S/Y WOJ! Muszę ponarzekać, ale długo mnie nie musieli namawiać! Jakbym sobie pod nosem nie pomarudził, nie byłbym sobą...

 
Krótka charakterystyka – rejs z niewidomymi żeglarzami z Klubu SONAR. Podobnie jak w maju zresztą. Tym razem załogę stanowią: Magda Noworolska – kapitan, Wojciech Kowalik – „drugi kapitan”, płetwonurek, ratownik i wszystko co potrzeba, Agnieszka Kucharska – I oficer, Michał Adamczyk – II oficer i troszkę bosman. Pierwsza wachta: Róża Fronczek i Ania Miętus, druga wachta: Dorota „Mysza” Nawrocka i Marek Pawlak, trzecia Wachta: Rysiek Pożar (Prezes Klubu SONAR) i Jolanta Konietzny, czwarta wachta: Dorota Data i Janusz Krzysztoszek.
 
Wyruszamy w sobotę z Dworca Centralnego w Warszawie, o okrutnej porze, takiej która nie istnieje na zegarku żadnego porządnego człowieka, czyli o 6 z minutami.  Pociągiem jedziemy do Krakowa, przesiadamy się w autobus miejski i na lotnisku w Balicach ładujemy do samolotu do Treviso we Włoszech. Stamtąd godzinna podróż autobusem, 20 minutowa podróż tramwajem wodnym przez tory wodne centrum Wenecji i 15 minutek na piechotę do Mariny, gdzie czeka na nas nasza Pani Kapitan Magda i jacht. Po kilku minutach dociera na miejsce także Wojtek. Wrzucamy bagaże, część załogi zapoznaje się z jachtem, podział na wachty, wyjaśnienie części obowiązków i zasad panujących na jachcie i wyczekiwane niecierpliwie, przez niektórych zimne piwo z jachtowej lodówki :-)
 
Wieczorek zapoznawczy kończy się oficjalnym ochrzczeniem jachtu! Przy trzeciej próbie szampan pęka (uprzednio dwukrotnie wyławiany przez Wojtka z pachnącej fiołkami mariny) i Neptun dostaje najpierw haust szampana a potem odrobinką rumu przepija za pomyślność z każdym członkiem załogi. Z pokładu słychać szanty wyśpiewywane odważnie przez załogę WOJ-a przy akompaniamencie gitary. Powoli impreza się wycisza i wreszcie padamy zmożeni snem po ciężkim, upalnym dniu spędzonym w podróży na miejsce naszej żeglarskiej przygody.
 
Budzę się niekoniecznie radosny. Nadgorliwcy z wachty kambuzowej wstali ponad godzinę wcześniej od oficjalnej pobudki i SZEPCZĄC zaczęli przygotowywać śniadanie. Nie zapomnę Wam tego moje kochane łobuziaczki... :-) Image Jemy śniadanie, myjemy się i po rytualnej kawie rozpoczynamy szkolenie załogi. Wszyscy zapoznają się z zasadami poruszania się po jachcie, bhp i problematyką ratownictwa. Potem poznajemy wszystkie liny i żagle, zasady ich pracy i miejsca zamieszkania poszczególnych części takielunku i osprzętu. Po skończonym szkoleniu mamy kilka chwil na zwiedzanie Wenecji, jemy obiad i o 16, korzystając z najwyższego poziomu wody, wychodzimy w końcu w morze. Pogoda sympatyczna, wiaterek również, można zacząć uprawiać jachting. Płyniemy w kierunku Rimini. Noc, jak się później okaże, pierwszą ale nie ostatnią, przesypiam, przywiązany do stałych elementów pokładu, wpatrując się w bezchmurne, rozgwieżdżone niebo... „Mnie tam pod pancerzem duszno” jak mawiał kapral Wichura z „Czterech pancernych i psa” :-)
 

W ciągu dnia, żeglujemy z uporem acz niespiesznie w kierunku Rimini. Determinacja jest tym większa, że w maju Neptun nie dał nam tam dotrzeć. Mijamy kolejne platformy wiertnicze, przecinamy tor Imagewodny do portu handlowego w Wenecji. Około południa załoga zaczyna odczuwać pierwsze poważniejsze symptomy choroby morskiej. Burta zawietrzna szybko się zapełnia, a już po kilkunastu minutach, każdy chorujący, okupuje swoją własną lożę vip’owską. :-) O dziwo po raz pierwszy, nie odczuwam żadnych objawów choroby. Nawet głowa mnie nie boli, co do tej pory bywało regułą. Cieszy mnie to niesamowicie, przynajmniej pewni ludzie nie będą mogli sobie żartować i kolejna paróweczka nie obrośnie w legendy. Przy sympatycznej pogodzie, około godziny 15, po 23 godzinach nieprzerwanej żeglugi wpływamy do mariny w Rimini.

Tutaj kilka chwil wolnego. Oprócz sympatycznych chwil, kilka chwil na wyjaśnienie sobie niedopowiedzianych zasad współistnienia na jachcie. Parę chwil rozmowy, wyjaśnień, zastrzeżenia z kilku stron wyjaśnione i już wieczorkiem śmigamy wspólnie na kolacyjkę w lokalnej pizzerni. Kilkoro członków załogi udaje się na zasłużoną kąpiel w morzu. Nie do końca jednak wszystkim chce się pływać i w morzu ostatecznie pływam sam. Późnym wieczorem, gdy wszyscy schodzą się w końcu na jacht, wspólna konsumpcja wina zakupionego przez Wojtka jeszcze w Wenecji. Stołowe, chociaż Chardonay, nikogo z popijających nie kole w zęby. Jeszcze piękniejsza noc pod gwiazdami, choć niestety, tym razem, przerywana odgłosami niedalekiej imprezy oraz choroby, niekoniecznie morskiej, dochodzącymi z pobliskiego jachtu.
 
Pobudeczka, ostatecznie dopieszczające jacht prace bosmańskie, spacer po najbliższej okolicy i wychodzimy w morze. Po raz pierwszy, podczas tego rejsu, to już żeglarstwo a nie jachting. W parę minut po wyjściu za tor podejściowy Rimini i po postawieniu żagli, cała dosłownie załoga, ląduje na burcie, robiąc za pracujący balast. Image Szybka decyzja i wraz z Wojtkiem, wspomagani przez Ryśka, przywiązani krawatami do want, lądujemy za burta stanowiąc namiastkę balansującej na trapezie grupy fachowców. Halsujemy się kilkukrotnie w drodze do Ancony, pogoda nam sprzyja i około 6 rano dopływamy. Żeglarze, którzy są tu po raz pierwszy i nie maja ze sobą własnego środka transportu lądowego, mogą być tak jak my mocno zdziwieni. Po pierwsze, marina na wysokim poziomie. Czysto, ładnie i w budowie. Po drugie: do jakiejkolwiek cywilizacji, w której można by kupić chociażby pieczywo, dalekie 5 – 6 kilometrów. Szczególnie marnie pokonuje się je w słońcu, idąc wzdłuż autostrady, pobierając w nozdrza zapach rozkładającej się w letnim słońcu padliny. Po dwóch godzinach wracamy jednak szczęśliwie, wraz z Wojtkiem, z zaopatrzeniem dla załogi i po załatwieniu wszelakich potrzeb, z kąpielą w portowym basenie na czele, o 12 wychodzimy znów w morze. Kierunek Choggia.
 
Przez kilka godzinek płyniemy z uśmiechami na twarzy, radośnie piekąc się w promieniach mocno grzejącego słonka. Niezbyt długo trzeba było czekać, aby podczas wachty Agnieszki dopadł nas sztorm. Przez ponad dwie godziny płyniemy w zacinającym deszczu i przy dużej wrednej fali w kierunku Ancony. Agnieszka walczy ze sterem i przede wszystkim z jachtem, któremu Neptun, nie do końca pozwala na podążanie w przez nas wymarzonym kierunku, a Magda, Wojtek i ja, wspomagani dzielnie przez Janusza, okiełznujemy najpierw foka, po czym refujemy grota. ImageKilkakrotnie zostaję spoliczkowany przez listwę ww. za co sternik kilkakrotnie mnie potem przeprasza. Niepotrzebnie, ale dziękuję. :-) Całemu zdarzeniu wiernie sekunduje Wojtek, który pomiędzy wyrazami niezadowolenia związanymi z niemożliwością swobodnego okiełznania żagla pokrzykuje do mnie „W mordę mu! Nie daruj łobuzowi!!!” Tobie również dziękuje za doping. W całym tym sztormowym zamieszaniu, nikt z nas nie zauważa, że Januszowi, podczas walki z szotami wyrywa się nabój w kamizelce ratunkowej i w oka mgnieniu znajduje się on w pewnego rodzaju kołnierzu ortopedycznym. Mało to może zabawne i nie do końca pozwalające na normalną pracę, ale wszyscy podeszliśmy do tego z uśmiechem (tudzież nawet z delikatnie złośliwym śmiechem, za co osobiście przepraszam), a Janusz, bardzo ofiarnie i dzielnie pozostawał na pokładzie, cały czas pracując. Znać kto tu był marynarzem.... :-)  „Sztormik” na całe szczęście wygasa po niecałych trzech godzinach i przed północą, wymordowani i słońcem, sztormem i zwyczajowym bujaniem wpływamy do znajomej mariny w Rimini. Wraz z Ryśkiem śmiejemy się, że odbiliśmy sobie majowe niepowodzenie!!
 
Mało szczęśliwemu wypadkowi skręcenia kostki ulega Jola. Wojtek zakłada fachowe usztywnienie i postanawia, że z samego rana poszkodowana musi zostać zawieziona do szpitala na kontrole. Powoli, wymordowani, kładziemy się spać.
 

Rano, ku memu zdziwieniu, zastaje Jolę zasuwającą na jednej nodze i szykującą śniadanie. Poświęcenie godne podziwu, tym bardziej, ze jej współzałogant chrapie jeszcze smacznie w koi. Po śniadanku, Jola, w eskorcie Magdy i Rysia zostaje odtransportowana do szpitala celem dokonania sprawdzających badań. Reszta załogi staje do prac bosmańskich przy szorowaniu jachtu, klarowaniu podpokładowego bałaganu oraz zaopatrzaniu jachtu w wodę. Potem jest czas na morskie ablucje, spacery, Image a w wypadku Wojtka i moim na jeżdżeniu po Rimini i poszukiwaniu naboju gazowego do kamizelki. Wraca Magda z Rysiem i Jolą. Ta ostatnia ma założone porządne, pancerne usztywnienie kostki, która na całe szczęście, jednak, okazuje się tylko mocno stłuczona. Chwile wytchnienia dla załogi na plaży i podczas wizyt w kafejkach, piwo, wino, kawa, frytki. Taka przekąska pozwoliła nawet na wykiełkowanie pewnej myśli filozoficznej. Jednemu z uczestników tej mini biesiady, w odpowiedzi na słowa, którejś ze zniecierpliwionych oczekiwaniem na ww. frytki, osób, zwerbalizował się taki tekst: „Frytki to frytki!..... Ich przygotowanie to nie minuta!” Niestety tylko pierwsza część tej wypowiedzi została zapamiętana. W taki sposób dołączył do załogi jeszcze i filozof...

koło 18, w delikatnym deszczu, wychodzimy w morze. Tym razem już niestety w kierunku na Wenecję. Choć w planach było przecież „piwo, u dziadka” w Chioggi...

 

Płyniemy dzielnie, pnąc się mila po mili w kierunku „Miasta na palach”. Ze względu na zdychający do zera wiatr udaje nam się namówić kapitaństwo do tego, aby zrzucić dogorywające żagle, dryfujemy... i wyrzucamy się za burtę, celem dokonania kąpieli, niekoniecznie słonecznych a jak najbardziej morskich. Wojtek, jako praktyk rzuca dryflinę z odbijacza, koło ratunkowe wraz z rzutką oraz dryfkotwę nurkową. ImagePod nami wszak 28 metrów!! Dziewczyny skwapliwie wyczekują chwili i już za moment lądują w morzu wraz z różowym materacem. Nawet Róża, zwana przez nas pieszczotliwie Świnkiem Morskim, z racji nieumiejętności pływania, odważa się w końcu, za namową kobiecego, ekskluzywnego, lobby jachtowego na zanurzenie w wodzie zaburtowej. Wraz z Wojtkiem decydujemy się na nurkowanie. Atrakcję dla załogi stanowią wysiłki Wojtka we wbijaniu mnie w jego skafander. Wzrost może i ten sam, ale inne parametry... mam obszerniejsze. :-) Schodzimy do wody. Niestety, (panie instruktorze jak można!) przez swoją własną głupotę, topię maskę!!!! Zapasowej na pokładzie brak więc, muszę poczekać kilka chwil aż Wojtek wyjdzie spod wody i będę mógł skorzystać z jego „gogli”. Nurkujemy tylko po kilka minut. Niestety, na dnie pustynia, poza kilkoma glonami, małą szkaradnicą i drobnymi mięczakami, nic nie widać, tym bardziej, że na pewnej głębokości rozpościera się mleczna zasłonka i widoczność spada do 1- 2 metrów. Zupełnie jak w polskich jeziorach... :-)

Pływamy, nurkujemy, wylegujemy się na materacu, a wszystko to przy wtórze bezwietrznej, słonecznej pogody. Niestety, wszystko co fajne kończy się zdecydowanie za szybko. Ze względu na „goniące terminy”, zwijamy nasz plac zabaw, odpalamy silnik i płyniemy dalej w kierunku Wenecji.
 

Pod wieczór, tuż przed wejściem do Wenecji, pogoda się zmienia. Zaczyna powiewać, robi się chłodno i w końcu zaczyna padać. ImageStawiamy żagle i gonimy w ciemną chmurę! Widok burzy, która jest przed nami jest niesamowity. Przed chmurami i ścianą deszczu, przesuwającą się na razie prostopadle do nas, jest taran z wiatru i podrywanej z morza wody. Wszystko wygląda tak jakby ta ciemna ściana burzy zasilała się nagarniając na siebie wodę z morza! Mijamy w końcu burzę i odrobinę zmoczeni wchodzimy do Wenecji. Ustawiamy się przy kei, podpinamy do źródła prądu, z czym mamy delikatne problemy, bo trzeba podorabiać przedłużacze, i z niecierpliwością czekamy na kolację przygotowaną na ochotnika przez Ryśka. Po pierwszym rejsie wiedziałem, ze będzie to coś smacznego i niesztampowego. Nie pomyliłem się!

Po kolacji ustalamy plan, co do kolejności pakowania, tak żeby sobie nawzajem nie przeszkadzać i żeby wszystko szło sprawnie. Przecież jutro schodzimy z jachtu i ruszamy do domu... :-(

Agnieszka siada do sprawdzania i uzupełniania wpisów w Dzienniku Jachtowym. Ja chętnie pomagam chcąc się czegoś nauczyć. Poza tym jest mniejsza szansa na pomyłkę rachunkową. Wcale nie z racji mojego technicznego wykształcenia. Wszyscy jesteśmy zmęczeni i drugiej osobie po prostu łatwiej jest coś dostrzec. W końcu 2 pary oczu, wzmocnione okularami to chyba lepiej.... :-) Papierkologia skończona koło 23, możemy wyruszyć na ostatni spacer po Wenecji. Chcieliśmy usiąść gdzieś jeszcze i wypić chociażby małe piwo na dobranoc, ale niestety wracamy, całą czwórką, mocno zaskoczeni. Wieczorem nie jest to to samo miasto, co w dzień. Nigdzie choćby ćwierć otwartej kawiarni, restauracji czy też baru. Wracamy na jacht, wypijamy herbatkę i chcemy iść się umyć przed snem. Tutaj następna niespodzianka; basen mariny jest zamknięty i nie można wydostać się do toalet, które choć w zasięgu ręki, to niestety, po drugiej stronie płotu. Cóż, Włochy... dziwny to kraj choć w Europie leży...
 

Rano, po śniadaniu, ostatnie wpisy do Dziennika, wypisywanie opinii dla Załogi i niestety początek drogi powrotnej do domu. Tramwajem wodnym do dworca autobusowego. Tam niestety, rozmijamy się z autobusem. Załatwiamy prywatne busy, które dowożą nas komfortowo na lotnisko w Treviso. Ładujemy się w samolot i o 17 z minutami lądujemy na lotnisku w Balicach. Docieramy do centrum Krakowa, kupujemy bilety na pociąg do Warszawy o 20 i idziemy coś zjeść. Agnieszka, która studiowała w Krakowie i najlepiej zna miasto, zabiera nas na rewelacyjne, smażone pierogi do „Babci Maliny”. Bardzo dziękujemy. :-)

Pokrzepieni obiadem wsiadamy w pociąg i ..... większość z nas budzi się na miejscu w Warszawie (choć zapewne większość, tak jak ja, ocknęła się by podziwiać dworzec we Włoszczowie, gdy pociąg się tam zatrzymał). W końcu urlop to ciężka praca i wszyscy są okrutnie zmęczeni. :-)
 
Koniec relacji, czas na podsumowanie. Tak przynajmniej zawsze powinno się zrobić. Tu będzie inaczej, podsumowania nie będzie. Przede wszystkim, dziękuję wszystkim, szczególnie tym, dla których była to pierwsza żeglarska przygoda, za wspólną zabawę i pracę oraz dużą chęć nauki. Za podsumowanie niech wystarczy tylko, że było super! I że się nie wyspałem! A tak to „Święta, Święta... i po Świętach!”
 
                               Misiek
 
Image Image
 
 
 
   
< Poprzedni   Następny >